Wybory pod „obstrzałem"
Bożydar Iwanow
/
Bożydar Iwanow /
19 grudnia 2009 /
Skomentuj
Mariusz Lewandowski z trofeum za zwycięstwo w Pucharze UEFA.
Wybory najlepszych w kończącym się roku w polskiej piłce wywołały sporo emocji i komentarzy. Sam apelowałem na łamach „Przeglądu Sportowego", aby tegoroczne nagrody sobie darować, bo jakie te dwanaście miesięcy w naszym futbolu były, każdy widział. Ale był to raczej mój na poły żartobliwy protest, bo uważałem, że nagrody zarówno „Tygodnika Piłka Nożna" jak i „Oskary" Canal Plus do czegoś zobowiązują. Ale miałem świadomość, że skoro C+ wracał z imprezą po kilku latach przerwy spowodowanej aferą korupcyjną, która „zgarnęła" ich sędziowskiego eksperta, a zahaczyła i o paru kandydatów do nagrody „Arbiter Roku", to z niej nie zrezygnuje. Tym bardziej „Piłka Nożna", której plebiscyt ma swoją renomę i ponad trzydziestoletnią tradycję.
Ale do rzeczy. Mariusz Lewandowski piłkarzem roku wg „PN" i Ireneusz Jeleń zdaniem piłkarzy naszej ekstraklasy. Ten drugi wybór nie wzbudził tylu emocji, bo jak ktoś zdobywa bramki w lidze francuskiej i wybierany jest tam piłkarzem miesiąca i futbolistą roku w klubie, to zawsze brzmi dobrze. Poza tym napastnicy zawsze we wszelkiego rodzaju podsumowaniach mają łatwiej niż inni. Są na świeczniku, strzelają gole. I taki był w 2009 roku właśnie „Jelonek". Fakt, że długo leczył kontuzję, a i reprezentacji nie zbawił, inna sprawa, że był w niej dość długo pomijany.
Wybór „Zizou" z Doniecka takiego aplauzu już nie zdobył. Bo Mariusz Lewandowski siedzi często na ławce w Szachtarze, w zespole narodowym też nie odegrał jakiejś wyjątkowej roli, choć bramek w niej w eliminacjach strzelił w ostatnich dwunastu miesiącach tyle samo co ... Jeleń, czyli jednego. Poza tym pozycja defensywnego pomocnika nigdy furory we wszelkiego rodzaju plebiscytach nie robiła, i w Polsce i na świecie. Spójrzmy na laureatów: większość to napastnicy i kreatywni pomocnicy (vide Messi, Ronaldinho, Cristiano Ronaldo i Kaka), wyjątkiem jest Fabio Cannavaro, zdobywca Złotej Piłki 2006. Ale po mistrzostwie świata w Niemczech Italię chwaliliśmy przecież nie za snajperów, a grę obronną, a liderem tej formacji był właśnie „Canna".
Lewandowski nie jest może pierwszoplanową postacią Szachtara, ale jego wyboru będę bronił. Po pierwsze klub z Doniecka jest mocniejszy sportowo od Auxerre, które od trzech sezonów w pucharach nie występuje. Konkurencja dla Lewandowskiego w zespole też jest większa. Po drugie „Lewy" jest jednym z niewielu polskich piłkarzy, który zdobył europejski laur. W maju, w Stambule, sięgnął po Puchar UEFA i - co najważniejsze- był jednym z najlepszych aktorów finału z Werderem Brema. Piłkarzy nagradza się przecież głównie za trofea. Messiego za wygranie wszystkiego, co było możliwe do wygrania z Barceloną, Cannavaro za złoto mundialu i tak dalej i tak dalej. Lewandowski dostał ten tytuł za Puchar. Ilu naszych sięgnęło po jakiś europejski „garnek"? Boniek, Młynarczyk, Dudek, Buncol, Rząsa Smolarek. Ostatnio po laury sięgali najlepszych sięgali Jacek Krzynówek, Euzebiusz Smolarek i Jakub Błaszczykowski. Tylko ten pierwszy trafiał dla Bayeru Leverkusen w meczach z Realem , Romą i Liverpoolem. Ale do triumfu było mu daleko. Lewandowski jednak trzymał Puchar w ręku. I za to trzeba go docenić. Mimo, że więcej wielkich meczów za dużo nie pamiętam, nie sprzeciwiam się jego wyborowi na Piłkarza Roku.



