Bożydar Iwanow: Wulkan, a puchary Europy
Bożydar Iwanow
/
Bożydar Iwanow /
23 kwietnia 2010 /
Skomentuj
Podróże kształcą? Na pewno. Ale też męczą. Analizuję to, co wydarzyło się w środku tygodnia w Europie i widzę, że wulkaniczny pył i konieczność podróżowania środkami naziemnymi, a nie w przestworzach, miały znaczenie.
Przykład pierwszy: Barcelona. Sam geniusz Jose Mourinho pewnie by nie wystarczył do zwycięstwa Interu i to 3:1."Barca" im dalej w las tym wyglądała gorzej, a przecież prowadziła nawet 1:0.
Przykład drugi: Lyon. Do przerwy nie dali się aż tak zepchnąć jak w drugiej połowie. Nawet grając przez pewien czas w jedenastu na dziesięciu nie potrafili przejąć inicjatywy. Oddali w tej części gry jeden strzał. Około 80 minuty. Niecelny.
Przykład trzeci: Liverpool. Atletico ostatni mecz na Vicente Calderon wygrało w pucharach w sierpniu, jeszcze w kwalifikacjach do Champions League, z Panathinaikosem. Potem albo zerko-zerko, albo w plecy. Do wczorajszej potyczki z The Reds. I nie wszystko związane jest z faktem, że do Hiszpanii nie przyjechał Fernando Torres.
Czwarty przykład nie potwierdza co prawda reguły, bo Fulham zremisowalo w Hamburgu z HSV, ale... Po pierwsze z Londynu mieli najbliżej ze wszystkich „wyjazdowiczów", po drugie, Hamburg jest w mega dołku, po trzecie, 0-0 u siebie nie jest wcale dla zespolu Bruno Labbadii takie złe.
Ale islandzki wulkan wpłynął jednak na sytuację w europejskiej piłce. Może się okazać, że przez anomalia atmosferyczne Barcelona nie przejdzie do historii jako pierwszy zespół, który dwa razy z rzędu wygra Ligę Mistrzów, a w annałach znajdzie się The Special One, który po Porto zdobędzie ten „garnek z wielkimi uszami" także z chłopcami z Mediolanu. Może się okazać, że zamiast wielkiego finału Ligi Europy z Liverpoolem i HSV, a więc klubami z wielkimi tradycjami, zobaczymy Atletico i Fulham. Przyznacie, że brzmi to mniej atrakcyjnie.
Sam mam za sobą ponad dwa tysiące trzysta kilometrów samochodowej podróży do Monachium i z powrotem, i wiem, ile mnie to dziś, po powrocie do domu kosztuje. Na tych, którzy podróżowali na mecze Ligi Mistrzów i Europy też miało to przełożenie. Możemy mówić o strategii, taktyce, umiejętnościach, błędnych decyzjach sędziów i tak dalej. Ale w tym sezonie o losach europejskich pucharów być może zadecydował islandzki wulkan. Tego jeszcze w historii piłki nie mieliśmy!



