Mieć dłonie mocno obite czyli czego oczekuje od polskiej reprezentacji
Bożydar Iwanow
/
Bożydar Iwanow /
15 października 2009 /
Skomentuj
Współczuję kibicom polskiej reprezentacji. Przez ponad dwa i pól roku czekają nas same nudne mecze. Skoro naszym piłkarzom ciężko się sprężyć na spotkania o punkty, to co czeka nas do pierwszego pojedynku na Euro 2012?
Ktoś powie, że ze Słowacją Orly starały się mocniej niż w Pradze i Mariborze. I zgoda. Ale skoro przegrywały już w drugiej minucie, to musiało tak być. Nie od dziś mówi się, że zaczynamy grać dopiero kiedy jest 0-1. Dla mnie to jednak ciągle mało. Najbardziej w dwóch meczach w tym elemencie podobał mi się Obraniak. Wiadomo, wychowany na zachodzie. Tam mają zupełnie inne podejście.
Najgorsze jest to, ze nikt nie ma do siebie żalu, nie mówi, że było źle, że daliśmy plamę. My dziennikarze często chwalimy tych, którzy mimo porażki potrafią stanąć przed kamerą. A mi przypomina się wtedy Maciej Żurawski. Poleciałem na jego pierwszy mecz w barwach Celtiku. Do Bratysławy. W pierwszym boju o Champions League przegrali z Artmedią Petrzalka 0-5 i od razu stracili szanse na awans. A Maciek odszedł z Wisły także dlatego, że marzyła mu się Liga Mistrzów. Byłem jedynym Polakiem w strefie wywiadów, mimo, że znaliśmy się dość dobrze, nie chciał rozmawiać. Powiedział tylko przechodząc obok ze spuszczoną głową: „Nie dzisiaj Bożydar, przepraszam." Nigdy nie widziałem go w tak podłym nastroju. Był wściekły. Na wszystko, na wynik, na stracone szanse awansu do LM, z którymi pożegnał się jeszcze szybciej niż w Wiśle. Nie miałem do niego żalu. Rozumiałem go. To, co powiedział było mega szczere. I było lepsze niż nagrana do mikrofonu wypowiedź. Puściłem ten moment jak koło mnie przechodzi na zakończenie mojego telewizyjnego materiału z tego meczu. Nie trzeba było nic dodawać. Oddało to idealnie to, co działo się w jego umyśle. Dziś takiej piłkarskiej wściekłości czy nawet rozpaczy u nikogo nie widzę.
Jak polscy piłkarze podejdą do tego okresu meczów bez stawki? Przecież jeśli ktoś będzie dobry wiosną 2010 roku nie da mu to gwarancji występu na EURO.
Ostatni warty wspomnienia mecz towarzyski? Pamiętam. Z Włochami przy Łazienkowskiej za kadencji Pawła Janasa. Rodzynek i ewenement. Nam wychodziło wszystko, Włosi byli w żałobie. To było jednak cztery lata temu. Potem było już tylko dramatycznie.
Często wspominam mecz Widzewa na Anfield w Liverpoolu w pucharach w latach osiemdziesiątych. Rewanż. W Łodzi było 2-0. U siebie „The Reds" wygrali 3-2, ale sensacyjnie odpadli. Kibice po ostatnim gwizdku długo bili brawo. Komentator telewizyjny powiedział, że docenili Widzew i tak go nagrodzili. Pomyślałem sobie, że to piękne. Ale gdy w 1998 roku poleciałem na swój pierwszy mecz Champions League w TVP na Old Trafford, dotarło do mnie, że sprawozdawca był w błędzie. „Wielcy" United zremisowali w rewanżu z „małym" Monaco 1-1, a że dwa tygodnie wcześniej w księstwie było 0-0, do półfinału sensacyjnie awansował przedstawiciel francuskiej Ligue 1. Manchester grał jednak kapitalnie, wszyscy walczyli jakby od tego zależało ich sportowe życie. Faworyt odpadł więc sprawił zawód. Kibice po meczu przez wiele minut stali przy swoich miejscach i długo bili brawo. Nie piłkarzom Monaco. Swojej - mimo wszystko - przegranej drużynie. Bo docenili jej trud i wysiłek. Wtedy dotarło do mnie, że przed laty na Anfield oklaski nie były wcale dla zawodników z Łodzi...
Polski kibic różni się jednak od angielskiego. Kocha reprezentację za wynik, bez względu na sposób w jakim udało się go osiągnąć. To błąd.
Chciałbym coś podobnego jak w Manchesterze przeżyć z naszą reprezentacją. Jak nie ma umiejętności, nie wymagam od niej zwycięstw. Ale chciałbym przez najbliższe ponad 900 dni - do naszej pierwszej potyczki na ME - mieć przynajmniej kilka razy dłonie mocno obite. Od braw. Nawet po przegranym meczu.



