Dziwne przypadki Łukasza Z.
Bożydar Iwanow
/
Bożydar Iwanow /
06 listopada 2009 /
Skomentuj
Łukasz Załuska w bramce.
Może będzie to trochę „prywata", bo znam chłopaka. I nie kryję się z tym, że go lubię. Niewielu znam polskich piłkarzy, z którymi bez „powinowactwa" i długich znajomości znakomicie się rozumiem. A Łukasz Załuska do tej niewielkiej grupy się zalicza, więc skoro zagrał wczoraj wielki mecz na Hamburgu, muszę o tym wspomnieć.
Bramkarz, który nie zrobił wielkiej furory w polskiej lidze, także dlatego, że jak wiecie, rządziły w niej , a może i dalej rządzą, układy. W Legii Warszawa było ciężko, w Jagiellonii Białystok i Koronie Kielce miało być łatwiej, ale to tylko pozory. Podlasie opuścił dla większej renomy u „Scyzoryków", ale zmienił się trener, także ten od bramkarzy.
Chłopak poleciał do Szkocji, w nieznane. Pomógł mu przyjaciel Mariusz Piekarski, załatwiając staż w Dundee Utd. Podpisał kontrakt, a że jest ambitny, poszedł pobiegać, i złamał kość w stopie. Załamka. Na Wyspy - znów dzięki „Piekario", przyleciał Grzegorz Szamotulski. I pokazał klasę. Na boisku i jako człowiek. Obiecał, że jak „Zaucha" się wyleczy, ucieka, bo nie chce rywalizować z Polakiem. I słowa dotrzymał, mimo, że na Tannadice go kochali i nazwali „Szalonym Mnichem", tak jak w jednym z kultowych filmów (sposób bycia i fryzura, a właściwie jej brak).
Załuska zaczął wreszcie bronić i robił to na tyle dobrze, że zechciał go Gordon Strachan, ówczesny szkoleniowiec Celtiku, wzięła go także reprezentacja Leo Beenhakkera. Mimo, że przecież był Fabiański, Boruc, Kowalewski czy Kuszczak.
Łukasz wiedział, że idzie do Celtów na ławkę w roli zmiennika Boruca. Pozornie sportowy krok wstecz. Ale realnie...
Najpierw zmobilizował Artura do stabilizacji formy i do „sprężarki", bo przy rodaku i przyjacielu zarazem „Borubar" od razu bardziej się starał. A kiedy ten doznał kontuzji wszedł między słupki na dwa mecze ligowe, ale prawdziwy test miał miejsce w spotkaniu z HSV.
To był jego debiut w europejskich pucharach, stadion w Hamburgu, renomowany rywal, a on w barwach Celtiku, którego obrońcy co mecz w Lidze Europy „dawali ciała" i nawet rewelacyjny ostatnio Boruc nie był ich w stanie ratować.
Załuska zagrał jednak kapitalnie, był pewny, zdecydowany, bronił w nieprawdopodobnych sytuacjach, uratował bezbramkowy remis i udowodnił innym, że już jest w stanie wytrzymać ciężar i zastąpić w The Bhoys Artura Boruca. Może klub z Glasgow w końcu swojego „Holy Goalie" zdecyduje się sprzedać. Tym bardziej, że europejska przygoda Celtów znów szybko dobiega końca.
A Łukasz - ni stąd ni zowąd - po swoich wszystkich bramkarskich perypetiach - może wreszcie stwierdzić z dumą: jestem bramkarzem dużego kalibru. I jakkolwiek jego kariera w Celtiku się nie potoczy, jest gotów do wielkich wyzwań. Mam też nadzieję, że w związku z tym nie zapomni o nim też narodowa kadra. Dziś nadaje się do niej bardziej niż jako zawodnik Dundee Utd. Zaczyna się ciekawa rywalizacja o bluzy nr 1, 12 i 22 kadrowego bramkarza. Załuska wsiada na karuzelę, która zaczyna się kręcić, a i do EURO 2012 może się nie zatrzymać. Bacznie będziemy ją obserwować.
PS: Na tydzień znikam na w pełni zasłużony urlop. Wracam na pierwszy mecz Franza Smudy, Polska - Rumunia. Kolejny blog w połowie listopada!



