Chcę dawnego Franza
Bożydar Iwanow
/
Bożydar Iwanow /
12 stycznia 2010 /
Skomentuj
Nowy czy stary Franz?
Zaczęło się. Franciszek Smuda został selekcjonerem reprezentacji Polski, a już wszędzie go pełno. Nawet na Gali Mistrzów Sportu w Teatrze Polskim w Warszawie się zjawił i wręczył jednego „championa". I to ważnego, bo za trzecie miejsce w Plebiscycie Przeglądu Sportowego. Piotrowi Gruszce zresztą, kapitanowi naszych „złotych" siatkarzy. Daniel Castellani, ich trener, zaszczytu wręczania nie doznał. Jerzy Matlak za brąz dziewcząt - też w siatkówce - zdobyty w Łodzi też nie. Smuda został trenerem polskich piłkarzy i od razu zyskał splendor i prestiżowe zaproszenia. Ot, olbrzymia siła futbolowego szkoleniowca.
Najbardziej dziwi mnie jednak fakt, że „Franz" do Tajlandii, na pierwsze tournee reprezentacji, nie wybiera się sam. Zabiera tam swoją małżonkę! Ja wiem, że to dla wielu uczestników tej wyprawy turystyczna wycieczka, ale selekcjoner powinien trzymać fason. Niektórzy go bronią: „przecież za wyjazd żony sam płaci". Jeszcze by tego brakowało, by pierwsza dama futbolu poleciałaby na koszt związku. To tak, jakbym ja na swoje pierwsze Mistrzostwa Świata zaprosił dziewczynę. Fajnie by miała, bo była to Francja, Paryż i świetna kuchnia. Przez myśl mi to nie przeszło. Byłem tam W PRACY. I miałem poświęcać się niej, a nie zabawianiem partnerki.
Smudę zawsze ceniłem za profesjonalizm. Jako młody reporter, jeszcze w ośrodku TVP w Katowicach, byłem pod wrażeniem, że zawsze stawał do wywiadu, mimo, że miał przed sobą dziennikarskiego żółtodzioba. Jako trener zawsze preferował niemiecką dyscyplinę, dryl, ale i kulturę. Chciał więcej od piłkarskiego życia i dużo od niego dostawał. Mógł imponować.
Cała ta zawierucha z jego sztabem i brak tak naprawdę wielkiego zaangażowania w ten temat wzbudził u mnie pierwszy niepokój. Teraz wyjazd z małżonką, mimo, że to przecież kadra. Mam nadzieje, że to chwilowa „pomroczność jasna". I że wkrótce polska piłka odzyska dawnego „Franza".



