Centrum stolicy to nie Merseyside
Bożydar Iwanow
/
Bożydar Iwanow /
25 października 2009 /
Skomentuj
Spotkałem wczoraj na Legii kolegę. Kibicem jest od święta, na meczu dawno już nie był, na futbolu zna się średnio. Był zachwycony. Po tak długiej przerwie zjawił się przy Łazienkowskiej i dostał to, czego oczekiwał. Siedem bramek, dwie czerwone kartki, zwycięstwo gospodarzy (jest rodowitym warszawiakiem), czego chcieć więcej?
Owszem, dla postronnego i średnio znającego się na piłce widza wszystko było piękne. Nieważne, że Korona od stanu 1-3 zaczęła grać w dziewiątkę, bo nerwów na wodzy nie potrafili utrzymać doświadczeni Krzysztof Gajtkowski i Aleksandar Vuković. Nieistotne, że nawet w tak dużym osłabieniu kielczanie zdołali doprowadzić na moment do wyniku 2-3. A momentami oglądaliśmy futbol podwórkowy, szczególnie w obronie, formacje obu zespołów były rozciągnięte jak foliowy worek. Fan patrzy na wynik, liczbę goli, a czasem i poza sportowe emocje. Fakty są jednak inne. Piłkarsko był to słaby mecz.
Koledzy z Canal Plus wpadli w zachwyt nad rozsądnym stwierdzeniem Jana Urbana, trenera Legii, na konferencji prasowej. Że taka gra jego zespołu to chleb na dziś, a głód na jutro. Szkoleniowiec postawiony pod ścianą - musiał wygrać, bo w innym razie być może by pożegnano - wiedział, że taką grą tylko przedłuża swoją agonię. Ostrzegł tym samym zespół, żeby nie popadł w taki sam samo zachwyt jak kibice. Bo za chwilę mecze z wiceliderem Ruchem Chorzów i liderem Wisłą, i to w Krakowie. To będzie probierz (nie mylić z trenerem Jagiellonii) jakości zespołu, także tej mentalnej i wyznacznik jego przyszłości. Jeśli Waldemar Fornalik ustawi drużynę mniej bojaźliwie niż opiekun kielczan, to wszystko jest możliwe. „Niebiescy" wyglądają bardzo dobrze motorycznie, szybkościowo i taktycznie. I może wreszcie na Legii będzie komplet. Bo wczoraj podjeżdżając na stadion czułem się dziwnie. Pod Torwarem bez trudu znalazłem miejsce parkingowe, co normalnie graniczy z cudem. A przyjechałem już po pierwszym gwizdku sędziego.
Stadion rośnie naprawdę pięknie i z meczu na mecz widzę tu postęp. Co z tego jednak, skoro na trybunach już dawno nie usiadł komplet, a przecież na razie pełny obiekt oznacza jakieś 5 tysięcy. Jak tu zgromadzić 32, a tyle docelowo ma pomieścić stadion Legii? Nawet na Lechu, gdy było cieplej i mniej dżdżysto niż wczoraj i rywal zaliczany do tych najatrakcyjniejszych, nie było „full". Czy Legia jest w stanie przyciągnąć chociaż 20 tysięcy? Wątpię.
Warszawa to obok Liverpoolu chyba jedyne miasto, gdzie dwa obiekty piłkarskie dzieli nie więcej niż trzy kilometry. Przecież na Narodowy z Legii będzie spacerek. Olbrzymie, nowoczesne obiekty, ale kto je wypełni w komplecie? Nasza reprezentacja na trzy mecze na EURO 2012, z pewnością. Ale ile ludzi więcej będzie przychodzić na tak grającą Legię? Same warunki i komfort oglądania spotkań nie wystarczą. Musi być jeszcze poziom na boisku. Na razie, nawet mimo 5-2 jest z tym miernie. I nie zapominajmy, że centrum stolicy, to nie dzielnica Merseyside, gdzie chodzenie na mecze jest tradycją, religią. Bez względu jak grają Liverpool i Everton, w Anglii zapełnienie stadionu to nie kłopot. A u nas? Nawet najbardziej nowoczesny obiekt wypełniony w 1/3 nie wygląda najlepiej.



