Bożydar Iwanow: Gdzie finał?
Bożydar Iwanow
/
Bożydar Iwanow /
12 maja 2010 /
Skomentuj
Ha! Myśleliście, że poznęcam się nad Mariuszem Jopem i podsumuję niesamowite zdarzenia wczorajszej kolejki polskiej ekstraklasy? I na to przyjdzie pora, bo mimo, iż jestem w Hamburgu i szykuję się do finału Ligi Europy, to za pośrednictwem "neta" obejrzałem wczoraj Multiligę w Canal Plus. Dobre, strona Iraqgoals czy coś w tym rodzaju i mogę będąc poza domem i mając niezłe łącze być na bieżąco. I bez abonamentu! Ale to temat na inną rozmowę. Do naszej ligi też wrócę.
Ale dziś zastanawia mnie co innego. Sposób dobierania miejsc finałów europejskich pucharów.
Wiadomo, że cały Hamburg liczył na to, że dziś zagra tu HSV. "Wywalili" się na ostatniej prostej, ulegając w półfinałowym meczu Fulham, które zmierzy się za kilkanaście godzin z Atletico Madryt. Dla miasta i tutejszych kibiców to klęska, pewnie dla organizatorów w pewnym sensie też, choć biletów już ponoć dawno nie ma. Nie ma, bo przezornie kupiło je kilka - a może kilkanaście - tysięcy fanów HSV. Już widziałem ogłoszenia w internecie, że chętnie je odsprzedadzą. Ceny od 10 do 1700 euro - ciekawe, kto się skusi na ten drugi wydatek? Dla niemieckiego kibica ten finał nie ma już większego znaczenia.
Rozwiązanie UEFA sprzed lat, kiedy rozgrywano mecz i rewanż bardziej do mnie dociera. Wiem, że z terminami jest kiepsko, ale skoro wybieramy jeden mecz finału i neutralny stadion, to niech będzie on neutralny. Gdyby w ostatecznej rozgrywce brali udział piłkarze Hamburger SV, to o neutralności nie byłoby mowy. HSV grałby u siebie. Koncepcja byłaby więc błędna. Zgadza się?
To samo u nas. Z ustaleniem daty i miejsca finału Pucharu Polski jak zwykle były "jaja". Bydgoszcz? Fajne miasto i znam tam super ludzi. Ale to tak jakby finał Pucharu Niemiec rozgrywano w Kaiserslautern. To jakieś nieporozumienie. Już lepiej bez gotowego jeszcze "Narodowego" grać mecz i rewanż. A nie grać w Bydgoszczy, która nie ma nawet drużyny w pierwszej lidze, i to na kilka godzin przed finałem Champions League.
No właśnie. Spotkałem w samolocie do Hamburga Grzegorza Latę, prezesa PZPN. Leciał, jak ja, na finał. Pytam go, co robi pan 22 maja? Rozumiem, że jako szef futbolowej centrali zjawi się pan na "święcie polskiej piłki" w Bydgoszczy. -Niestety, będę na innym finale, tym w Madrycie - uśmiechnął się prezes. -Gdy ustalałem ten wyjazd termin krajowego finału był inny - wytłumaczył. I ma usprawiedliwienie. Ot, cały nasz polski piłkarski bałagan.



